| Wielkanoc w moim domu |
|
Święta Wielkanocne poprzedza w religiach chrześcijańskich Wielki Post. Jego początkiem jest Środa Popielcowa (dzień postny), kiedy to podczas mszy kapłan posypuje wiernych popiołem głosząc maksymę „z popiołu powstałeś i w popiół się obrócisz.” Na pierwszy rzut oka jest to dość ponure przesłanie, ale w myśl dogmatów chrześcijańskich w tej maksymie zawiera się jednak optymistyczna myśl. Z popiołu powstałeś i w popiół się obrócisz, to jednak znaczy, że w „coś” się obrócisz, choćby w popiół, a to daje nadzieję na wieczne życie, nieważne w jakiej postaci. Owe okruchy popiołu, to też jakaś nadzieja, to też jakaś ciągłość, choćby w metafizycznym istnieniu, to wreszcie uświadomienie sobie jakże prostej prawdy o ulotności ziemskiego życia, o podporządkowaniu się boskim zasadom i prawdom. Do Środy Popielcowej trzeba się przygotować duchowo, a potem pozostać w tej zadumie i refleksji aż do Wielkiej Nocy. Wielkanoc to niezwykle ważne święto w kulturze duchowej rzymskich katolików. Rozpoczyna je Wielki Czwartek – dzień refleksji i zadumy, ilustrujący niejako początek drogi krzyżowej Jezusa Chrystusa. Dzieciństwo spędziłem w miejscowości Glotowo, gdzie jest unikalna wręcz kopia drogi krzyżowej. Będąc dzieckiem w okresie Wielkiego Postu w każdy piątek uczestniczyłem w nabożeństwie owej drogi krzyżowej. Najczęściej było bardzo zimno, a my dzieciaki w każdy piątek (bez czapek na głowach) przechodziliśmy owe etapy męki Chrystusa, przeżywając je bardzo głęboko. Wielki Piątek to okres całkowitej ciszy. Milczały wówczas nawet kościelne dzwony (używało się kołatek). To chyba najważniejszy dzień w przeżywaniu Męki Pańskiej. Obowiązywał bezwzględny post, bezwzględna cisza i zaduma. Rodzice wpoili nam , że właśnie w tym dniu koniecznie trzeba zrezygnować z hałaśliwych zabaw, jakichś kaprysów, no oczywiście trzeba się powstrzymać od nadmiernego jedzenia (można było jedynie zjeść jajko, kawałek śledzia, trochę chleba). Rygorystycznie przestrzegaliśmy tego i chyba było to całkiem niezłe dla zdrowia. Wielka Sobota - to także niezwykle ważne święto. Obowiązywał nadal post. Wieczorem szło się na bardzo długą mszę, podczas której kapłan święcił ogień i wodę. Koniecznie trzeba było zabrać do domu żarzący się węgielek i butelkę święconej wody. A tymczasem i w piątek i w sobotę w domu nasza Mama przygotowywała wszelkie smakołyki na świąteczne śniadanie i na całą Wielkanoc. Jakże trudno nam – poszczącym – było znieść te wszystkie zniewalające zapachy, widok pieczonych szynek, wędzonych domowych kiełbas, salcesonów i wątrobianek, smakowitych ciast, sałatek, jajek w różnych smakowitych wariantach. Mimo wręcz niemożliwych do opanowania pokus, nikt jednak nie śmiał nawet choćby uszczknąć tych potraw. Czekaliśmy na śniadanie (pierwszy dzień Wielkiej Nocy). Jednak zanim się do niego zasiadło, trzeba było wstać o piątej rano i udać się na mszę wielkanocną, którą trwała do około ósmej godziny. A potem ojciec rodziny musiał wręcz biec do domu, by być tam pierwszym, bo jak mówiły stare obyczaje, kto pierwszy przybiegnie do domu (przed sąsiadami) ten na pewno będzie miał urodzajny rok. No i wreszcie to długo oczekiwane śniadanie. Ach czegoż tylko tam nie było? Smakowite potrawy (najczęściej tzw. własnej produkcji), różne ciasta i napoje. Do dziś pamiętam te smaki. Stół udekorowany gałązkami łozy, owsem w doniczce, cukrowym barankiem, albo zajączkiem. A nad tym wszystkim radość, że Chrystus zmartwychwstał. Trudno opisać te odczucia. Drugi dzień Wielkiej Nocy to śmigus-dyngus, czyli oblewanie się wodą (ale nie jak dziś, nie wiadrami brudnej wody, lecz tak, by było wesoło, ale bez krzywdy dla drugiego człowieka). Gdzie te czasy, gdzie te smaki, gdzie ta cała aura, którą tworzyły tamte przepięknie malowane jajka? Pomyślmy o tych obyczajach, zachowajmy je w naszej pamięci. To przecież nasza kultura, której korzenie musimy wnieść do europejskiego dziedzictwa kulturowego. prof. Walenty Piłat
|